
Rozmowa z Martą Klonowską, rzeźbiarką
Szklane rzeźby Marty Klonowskiej (ur. 1964 w Warszawie) należą do stałych kolekcji m.in. Toyama Glass Art Museum w Japonii, Corning Museum of Glass w Stanach Zjednoczonych, Musée-Atelier du Verre we francuskim Sars-Poteries i museum kunstpalast w Düsseldorfie. Część znajduje się w rękach prywatnych kolekcjonerów. Indywidualne wystawy artystki – o intrygujących tytułach, takich jak: „dogwalk”, „Streichelzoo” (Minizoo), „Puszek and Friends”, „Istota”, „Duchruchu – Liikahduksia – Movements” – organizowały galerie i muzea w Niemczech, Japonii, Finlandii czy we Włoszech. „Szklana menażeria”, prezentowana na początku 2025 roku w Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku, to pierwsza wystawa Klonowskiej w Polsce.
Prace artystki to głównie przedstawienia zwierząt, dostrzeżonych na obrazach dawnych mistrzów, które następnie zostają przeniesione z dwuwymiaru do trójwymiaru, wydobyte z dalszych planów, z cienia i postawione w centrum.
Szkło, materiał szlachetny, mimo że stłuczone, pozornie bezużyteczne, w rękach polskiej rzeźbiarki zyskuje niezwykłą, malarską formę. Zwierzęta Marty Klonowskiej wydają się malowane szkłem i światłem, które odbija się od niezliczonych szklanych powierzchni. Bardzo atrakcyjne dla oka i bardzo niebezpieczne...
Urodziła się pani w Warszawie, jednak na studia wyjechała najpierw na południe Polski, potem za granicę. Czy podczas studiów – na Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu bądź Kunstakademie w Düsseldorfie – miała pani do czynienia ze szkłem jako materiałem twórczym?
– Zaczęłam we Wrocławiu, bo akurat we Wrocławiu jest Wydział Ceramiki i Szkła. Chciałam tam studiować, dlatego że zawsze interesowałam się raczej trójwymiarowymi obiektami. Już od dzieciństwa lepiłam z plasteliny i zasypywałam rodzinę prezentami na Boże Narodzenie, różnymi figurkami, bardzo to przeżywałam. Jako nastolatka chodziłam do pracowni rzeźbiarskiej mojego wuja Piotra Kanna na Starym Mieście w Warszawie i tam miałam pierwszą styczność z ceramiką, znaczy z gliną, z wypalaniem i atmosferą pracowni artystycznej i rzeźbiarskiej. To było takie zaczarowane miejsce. We Wrocławiu studiowałam tylko dwa lata i te pierwsze dwa lata to zawsze jest wykształcenie ogólne, więc nie miałam jeszcze do czynienia z technologią ceramiki czy szkła, niestety. Potem przeniosłam się na uczelnię w Düsseldorfie i tam zajmowałam się tworzeniem grafik, litografii, malarstwem, w końcu wróciłam do trójwymiarowych rzeczy. Stwierdziłam, że jednak to mnie interesuje. Ze szkłem jako tworzywem artystycznym pierwszą styczność miałam wtedy, kiedy znalazłam potłuczoną butelkę w pracowni i zaczęłam się zastanawiać, czy to może być dla mnie ciekawy materiał twórczy. Nie miałam żadnego przygotowania technicznego czy technologicznego. Później już nie chciałam wchodzić w technologię, bo uważałam, że najprostsze rozwiązania są najlepsze.









